Muzyczny alfabet 2016 [świat]

Categories podsumowanie

MENU:  [A – B] [C – D] [E – F] [G – H] [I – J] [K – L]
[M – N] [O – P] [Q – R] [S – T] [U – V] [W – X] [Y – Z]


Charles Bradley

Changes”

Do nowego albu­mu Charlesa wzdy­chałem już w mar­cu. Napisałem wów­czas:

… jest wybornie. Ani muzy­cznie, ani lirycznie ta pły­ta nie zaskaku­je pod żad­nym wzglę­dem. To wciąż nad­gryzionym zębem cza­su Czar­nuch, który śpiewa swo­je smutne piosen­ki. Ale niczego więcej od niego nie oczeku­ję. Bo robi to tak, że nie mam dość.

I w zasadzie… nic od tego cza­su się nie zmieniło.

Może poza stanem zdrowia Bradley’a, u którego chwilę temu zdi­ag­no­zowano raka żołąd­ka. Skwitował to słowa­mi: “Będę z tym wal­czył tak samo, jak wal­czyłem z wielo­ma inny­mi przeszko­da­mi w moim życiu”. I trzy­mam kciu­ki bard­zo, bard­zo, bard­zo moc­no.

Edit: nieste­ty, walkę prze­grał z końcem wrześ­nia 2017 :(

Sprawdź album na: Spo­ti­fy

Childish Gambino

Awaken, My Love!”

Nowy album Gam­bi­no to jed­na z tych pozy­cji, która powin­na znaleźć się w każdym pod­sumowa­niu zeszłego roku, nieza­leżnie czy zabiera się za nie komer­cyjny ser­wis muzy­czny czy najczęś­ciej nieczy­tany bloger w Polsce.

Don­ald Glover to artys­ta pełną gębą. Aktor, pis­arz, komik, muzyk. Choć nigdy jakoś szczegól­nie nie śledz­iłem jego rapowej dzi­ałal­noś­ci pod szyl­dem Child­ish Gam­bi­no, to okazu­je się, że w ramach swo­jego pseudon­im nie przy­wiązu­je się do szty­wnych ram muzy­cznych. I “Awak­en, My Love!” niewiele ma już wspól­nego z rapem.

Muzy­cznie to album wyborny. Etyki­et­ki takie jak funk czy soul pada­ją w tym pod­sumowa­niu wielokrot­nie. Ale nikt nie wyko­rzys­tał tych gatunków tak kreaty­wnie. Zami­ast się­gać po najbardziej oczy­wiste sko­jarzenia, Gam­bi­no zanurkował do przepast­nego wor­ka z etyki­etką “funk / soul” datowanego w okoli­cach lat ’70 zeszłego wieku i sięgnął po najbardziej brze­gowe brzmienia. Po te sza­lone, psy­chodeliczne i astralne dźwię­ki z przes­terowanym, zniek­sz­tał­conym wokalem. I ja to szanu­ję.

Sprawdź na: YouTubeSpo­ti­fy

Coldcut

Only heaven”

Potknąłem się o nową epkę Cold­cu­ta całkowicie przy­pad­kowo. I przyjąłem ją z ogrom­ną radoś­cią.

Zwłaszcza, że w trzech z pię­ciu utworów pojaw­ia się Roots Manu­va. Nie ma co się tu rozpisy­wać. Warto sprawdz­ić, bo to kawał bard­zo dobrego mate­ri­ału.

A jeśli po odsłuchu tej kró­ci­utkiej epki będziecie czuli niedosyt, popraw­ić może­cie trze­ma dodatkowy­mi remik­sa­mi utworu “Only heav­en”, których autora­mi są Matthew Her­bert (podobał się najm­niej), Spe­cial Request oraz Caden­za (najbardziej!).

Sprawdź “Only heav­en” na: Band­camp | Spo­ti­fy
Sprawdź remiksy na: Band­camp | Spo­ti­fy

Cubicolor

Brainsugar”

Odkryłem ich dzię­ki spotify’owej liś­cie pro­mu­jącej zeszłoroczny Ams­ter­dam Dance Event. Który (podob­no) jest najwięk­szym na świecie fes­ti­walem muzy­ki klubowej, prezen­tu­ją­cym ją w całej jej krasie i wszys­t­kich możli­wych odmi­anach.

Zabawne, bo to pły­ta przy której w zeszłym roku najczęś­ciej… zasyp­i­ałem.

I nie zrozum­cie mnie źle — to kawał dobrego, wycisza­jącego gra­nia. Czy tańczyłbym przy tym? W odpowied­nich warunk­ach zapewne tak. Ale póki co wracam, gdy potrze­bu­ję się wyciszyć.

Sprawdź na: YouTubeSpo­ti­fy

D/Troit

Do The Right Thing”

Jed­ni z tych, którzy gra­ją jak­by urodzili się kil­ka dekad za późno. Soul w najczyst­szej postaci. Zgadza się tu abso­lut­nie wszys­tko. Łącznie z brud­nym, przes­terowanym brzmie­niem.

Jedyne czego brak, to wyświ­etleń na jutubku. Bo ta utrzy­mu­je się na skan­dal­icznie niskim poziomie.

Mate­ri­ał na: Band­camp | Spo­ti­fy

Dance With the Dead

The Shape”

Odkrycie Gos­Ta było jed­nym z najwięk­szych zaskoczeń 2015, którego opisałem jako:

Surowy. Niepoko­ją­cy. Drapieżny. Bru­tal­ny. Intrygu­ją­cy. Hip­no­tyzu­ją­cy. Najlep­szy. Wręcz… epic­ki.

Kole­jne dwanaś­cie miesię­cy uzmysłow­iło mi jak wielkim igno­ran­tem byłem nie zna­jąc wcześniej nur­tu retrowave zwanego również syn­ht­wavem. I że tych met­alowo — elek­tron­icznych brzmień jest dużo, dużo więcej.

Efek­tem tejże fas­cy­nacji jest obec­ność trzech reprezen­tan­tów nur­tu w tegorocznym zestaw­ie­niu. Pier­wszym z nich jest kali­forni­js­ki Taniec ze śmier­cią.

Efek­tem ubocznym jest… przesyt. Syn­th­wave okazał się bowiem fajnym prz­ery­wnikiem od hiphopowych bitów czy funkowego groove’u, miłą ucieczką od rzeczy­wis­toś­ci gdy potrze­bu­ję trochę bru­tal­nych brzmień. Ale mało tu różnorod­noś­ci. I na dłuższą metę następ­ni wykon­aw­cy i kole­jne pły­ty zaczy­na­ją brzmieć dokład­nie tak samo.

Okej. Miałem chwal­ić. Więc chwalę.

Jeśli masz ochotę zwinąć się w kłębek i zebrać porząd­ny omłot doświad­cza­jąc muzy­cznego wpier­dolu — Dance With the Dead zro­bi swo­ją robotę.

Pły­ta do odsłuchu na: Band­camp | Spo­ti­fy

Deluxe

Stachelight”

W 2014, przy okazji muzy­cznego pod­sumowa­nia mar­ca, napisałem tak:

(…) najwięk­szą perełką był dla mnie Deluxe. Mech­a­nizm rekomen­dacji zaser­wował mi tą propozy­cję dzię­ki wcześniejsze­mu katowa­niu Parov Ste­lara oraz Car­a­van Palace. Czyli kluczem był tu elec­tro swing.

To szóst­ka Fran­cuzów, której twór­c­zość jest połącze­niem brzmień z pogranicza hip hopu, funku, swingu i jaz­zu, wyda­ją­ca swój mate­ri­ał w wytwórni powołanej do życia przez Chi­nese Man (których twór­c­zość, dro­gi czytel­niku, również sprawdz­ić winieneś).

W 2016 przyszło mi doczekać się nowego albu­mu. Jeśli do sprawdzenia nie przekona Cię sin­glowe “Shoes”, to może sku­sisz się, gdy napiszę że gościn­nie pojaw­ia się tu moja ukochana Nneka oraz fran­cuskie rapowe dinoza­u­ry ze składu IAM.

Sprawdź album na: Spo­ti­fy

De La Soul

and the Anonymous Nobody”

To był zde­cy­dowanie dobry rok dla fanów Native Tongue. Zan­im w słuchawkach popłynęły dźwię­ki świeżego mate­ri­ału od ATCQ, nową por­cją nagrań uraczyło mnie De La Soul.

Lubię muzy­czne podróże. Wciąż szukam nowych brzmień, nowych zaskoczeń i nowych brzmieniowych dreszczy. Ale mam grono artys­tów, którzy są dla mnie sym­bol­em spoko­jnego por­tu, do którego zaw­i­jam po chwilę wytch­nienia wraca­jąc z długiego i trud­nego rej­su. Dają, jak u Gram­mati­ka, “uko­je­nie w bitach, spokój w trzeszczą­cych pły­tach”.

De La jest jed­ną z tych ekip. Mimo trzy­dzi­es­tu lat na sce­nie i dwu­nas­tu lat od wyda­nia ostat­niego studyjnego mate­ri­ału potrafią dostar­czyć tak solid­ną, ale i różnorod­ną muzy­cznie por­cję mate­ri­ału.

Na “and the Anony­mous Nobody” zaskoczył mnie dobór goś­ci. Bo spotkałem tu zarówno Estelle, Roc Mar­i­ano, Snoopa i Albar­na, jak i Ushera, Lit­tle Drag­on czy… 2 Chain­za. Mieszan­ka na pozór wybu­chowa, okaza­ła się bard­zo wys­makowanym mari­ażem różnych sfer i światów.

Jeśli tak mają brzmieć powroty klasy­cznych artys­tów, to poproszę kole­jnych o zgłaszanie się do kasy.

Sprawdź album na: Spo­ti­fy

DJ Cam Quartet

The Soulshine Session”

To jest jak­iś absurd i skan­dal, że świat zupełnie zig­norował ten majster­sz­tyk, prze­chodząc obok niego zupełnie obo­jęt­nie.

Nie chodzi mi tu nawet o pol­ską część inter­ne­tu, która go całkowicie przemil­cza­ła (Soul­bowl i Jaz­zSoul, SERIO?!). Ale w całym glob­al­nym internecie znalazłem tylko trzy nieco bardziej rozbu­dowane tek­sty poświę­cone czwarte­mu krążkowi jaz­zowego kwarte­tu pod prze­wod­nictwem fran­cuskiego bit­mejk­era. Powtórzę: skan­dal.

Pamię­tam nieskry­waną radość, jaką spraw­iło mi pon­ad dekadę temu wygrze­ban­ie w komisie dwupły­towego winy­lowego wyda­nia “Soul­shine” DJ Cama. Zapłaciłem za nie jakieś śmieszne pieniądze, nieporówny­wal­nie niskie do zawartoś­ci muzy­cznej. W owym cza­sie był to dla mnie album bard­zo ważny. Bo uczyłem się dzię­ki niemu, że muzy­ka ma wiele wymi­arów. Cam to pro­du­cent, który w niezwykły sposób łączy ze sobą hiphopowe bęb­ny, jazz i ele­men­ty funku, przypraw­ia­jąc to wszys­tko ele­men­ta­mi sam­plin­gu i scratchowa­nia.

Kil­ka lat temu, próbu­jąc z namięt­nego roman­su hiphopowych brzmień z jaz­zowy­mi inspirac­ja­mi stworzyć sfor­mal­i­zowany związek, poszedł o krok dalej. I powołał do życia Dj Cam Quar­tet. For­ma­cję, w ramach której do współpra­cy zaprosił rasowych jazzmanów. Sam sięgnął po instru­men­ty smy­czkowe i perkusję, a całość kom­pozy­cji wzbo­ga­cał o wychodzące z bit­maszyny bęb­ny oraz scratche.

Jed­nak “The Soul­shine Ses­sion” to album wyjątkowy. Bo kwartet Cama, wyzby­wa­jąc się całkowicie elek­tron­icznych przeszkadza­czy, stał się oto jaz­zowym ban­dem opier­a­ją­cym w całoś­ci grane przez siebie utwory o instru­men­ty.

I tu kole­j­na dość waż­na rzecz. Wszys­tkie osiem kom­pozy­cji zamknię­tych na tej pły­cie to utwory z wcześniejszej przepast­nej dysko­grafii Cama. Część z nich została przear­anżowana kom­plet­nie, inne — choć zachowały swo­ją lin­ię melody­czną — nabrały świeżoś­ci i nowej jakoś­ci. Znaleźć tu moż­na utwory z płyt “Under­ground Vibes”, “Sub­stances”, “Loa Project Vol­ume II” i wspom­ni­anego, jakże ulu­bionego przeze mnie “Soul­shine”.

Abso­lut­ny hit i sztos. Koniecznie do nadro­bi­enia. Sprawdź. Ter­az. Naty­ch­mi­ast!

Dostęp­ny na: Band­camp | Spo­ti­fy


[A – B] [C – D] [E – F] [G – H] [I – J] [K – L]
[M – N] [O – P] [Q – R] [S – T] [U – V] [W – X] [Y – Z]