No i po majówce…

Categories osobiste

Dawno mnie tu nie było. Gen­er­al­nie ostat­nio codzi­en­nie padam na twarz. Związane jest to albo z pracą, albo z siłown­ią (o tym pewnie wkrótce), albo inną bie­gan­iną, ale efekt jest jeden — po powro­cie do domu odpły­wam. Dlat­ego week­endu majowego wyczeki­wałem z niecier­pli­woś­cią.

Plany zmieni­ały się prak­ty­cznie z dnia na dzień. Miała być Pra­ga, miał być Cieszyn, miało być Zakopane… Skończyło się na pię­ciu mega inten­sy­wnych dni­ach spęd­zonych w Warsza­w­ie i rodzin­nych stronach. I o tym w wielkim skró­cie poniżej.

Od środy do niedzieli udało mi się:

- rozpocząć wiz­ytę u goszczą­cych nas w Warsza­w­ie gospo­darzy od zła­ma­nia krzesła. Taki ze mnie gość. W sen­sie: I’m the man! Powtórzę raz jeszcze: przepraszam, odkupię.

- zobaczyć na żywo niedźwiedzie polarne, Bysia i homosek­su­alne akty lwich sam­ców. Warsza­wskie zoo na serio daje radę pod wzglę­dem różnorod­noś­ci gatunkowej. W ostat­nim cza­sie pojaw­iły się wspom­ni­ane już białe misie, ale również cała masa noworod­ków, m.in. nosorożec, żyrafa, mrówko­jad czy kan­gur. Warto nadro­bić zaległoś­ci, jeżeli nie przekracza­l­iś­cie tamte­jszych progów od jakiegoś cza­su.

- zobaczyć krótkome­trażowy 1935, będą­cy maki­etową rekon­strukcją przed­wo­jen­nej Warsza­wy w 3d. Po skończe­niu dwudziestomin­u­towej pro­jekcji stwierdz­iłem, że fajnie było to obe­jrzeć, ale kon­cep­cyjnie i wykon­aw­c­zo ten pro­jekt jest zre­al­izwany trag­icznie. Słabe udźwiękowie­nie, bez­nadziej­na fizy­ka ludzi i pojazdów, skle­j­ka kilku różnych ujęć bez żad­nego sce­nar­iusza… To tylko kil­ka pod­sta­wowych zarzutów. Fajnie, że został zre­al­i­zowany, ale nie powinien ujrzeć światła dzi­en­nego jeszcze przez jak­iś czas, bo ter­az wyglą­da jak nieu­dana wprawka ani­ma­to­ra niż poważne dzieło wspier­ane przez Min­is­terst­wo Kul­tu­ry.

- zjeść burg­era z hum­musem w Beiru­cie. Warto obcza­ić tamte­jszą kuch­nię, bo choć na pier­wszy rzut oka gabary­ty potraw trochę smucą, to w rezulta­cie okazu­je się, że są doskonale wymier­zone, bo strawa syci w odpowied­ni sposób. Co praw­da sza­szły­ki z kur­cza­ka prze­biły wszys­tko, ale pozostałe doświad­czenia smakowe były równie wyborne.

- wyp­ić morze pig­wów­ki w hip­ster­s­kich kna­j­pach stol­i­cy — otocze­nie Pow­iśla wyobrażałem sobie zupełnie inaczej, ale w końcu zrozu­mi­ałem w jaki sposób Wojtek Antonow oga­r­nął ten leg­en­darny kadr. Choć tęcza na placu Zbaw­iciela znowu spalona, to miejsce to wyglą­da epicko i nie dzi­wię się, czemu walą tam takie tłumy. Cała wyprawę pod­sumowal­iśmy w Warsza­w­ie De Luxe, gdzie chcąc uciec przed hip­ste­ri­adą, trafil­iśmy na ich­niejsze pier­wsze urodziny świę­towane w postaci tysią­ca dar­mowych szotów… Podob­no Warsza­wa da się lubić. Ano, da się.

- gril­lować w deszczu i nie w deszczu. Czekałem na sezon gril­lowy tak dłu­go, że gdy tylko pojaw­iliśmy się u rodz­iców na dzi­ałce, przed roz­pale­niem gril­la nie pow­strzy­mał mnie nawet deszcz. Następ­nego dnia aura była już bardziej przy­jaz­na, więc powtór­ka prze­biegła bez prob­lemów.

- uczest­niczyć w zbiorowej dewastacji małego fia­ta. W związku z jego zbliża­ją­cym się zło­mowaniem trze­ba było go roze­brać, ogoło­cić i prze­ciąć na kil­ka częś­ci. Faj­na rozpier­ducha!

- powkurzać się na PKP. Do opisa­nia mojego długiego i namięt­nego związku z kole­ją zbier­am się już od jakiegoś cza­su, a his­to­ria ostat­nich dni, kiedy to planowal­iśmy przewieźć row­er pociągiem na pewno zajmie w owym opisie właś­ci­we miejsce. W każdym razie — udało się.

- obcza­ić krakowskie Forum Przestrze­nie. Fajnie, że udało się komuś oga­r­nąć kna­jpę w hotelu Forum. Fajnie, że robią to ludzie od wielu lat oga­r­ni­a­ją­cy krakowską scenę klubową, co daje nadzieje na dobre imprezy w ciekawym miejs­cu. Póki co w kon­tekś­cie kawy czy fritz-koli wygry­wa­ją dla mnie leża­ki rozstaw­ione na piaszczys­tej Plaży, mieszczącej się 20–30 metrów od nowej miejsców­ki, ale moc­no wspier­am tenże pro­jekt i będę się przyglą­dał jego roz­wo­jowi.

- pod­jąć decyzję o zakupie auta. Nad­szedł czas pożeg­nać się z wysłużonym 23-latkiem. Jeźdz­imy nim od pon­ad trzech lat i nie mogę się zde­cy­dować czy bardziej go kocham, czy bardziej nien­aw­idzę… Klam­ka zapadła i wiadome jest już, że zmieni­amy. Nowe stoi w Niem­czech. I prob­lem w tym, że stoi tam w iloś­ci sztuk dwóch. Iden­ty­cznych, choć różnych, bo w innych kolorach. Czerń kon­tra błęk­it­na stal. Wygląd i ele­ganc­ja kon­tra użyteczność. Ufff, ufff, ufff. Nie wiem, nie wiem, nie wiem…

——–

Jeżeli komuś udało się dobrnąć do koń­ca, to poz­draw­iam. Tekst ten zapewne jest pier­ws­zorzęd­ną poży­wką dla gra­maty­cznych nazistów, którzy ostrzą sobie zęby w oczeki­wa­niu na kole­jne moje wypociny. Te nieuczesane myśli miały być okras­zone klatka­mi z aparatu, aaaaaale gdy­by tak się stać miało, nie wcis­nął bym przy­cisku “opub­likuj” zapewne przez najbliższych kilka­naś­cie dni…

Czas chy­ba wró­cić do zasady think less, write more… Choć pogo­da za oknem do tego nie zachę­ca…

A Wam jak minął week­end?