Piąteczka #77

Na poprzed­ni odcinek kaza­łem Wam czekać rok. Na kole­jny — dwa tygod­nie. Nie przy­wiązu­j­cie się, bo… zupełnie nie wiem co to oznacza. W każdym razie — nowa Piątecz­ka. “Czekali ponoć fani”*.


Covidhagen

W początkowej fazie epi­demii — już w chwili, gdy obo­je przes­zliśmy na tryb pra­cy zdal­nej — stanęliśmy przed pewnym wyborem. Mogliśmy wyprowadzać kund­la kręcąc się po osied­lu i przy okazji potykać się o sąsi­adów. Albo sko­rzys­tać z fak­tu, że wszyscy siedzą w domach i prze­myka­jąc przez puste mias­to uciec gdzieś na łąki, w pola lub do lasu. Wybral­iśmy oczy­wiś­cie tą drugą opcję i przyz­nam szcz­erze, że pier­wszy raz wios­na tak bard­zo wybuchła mi w twarz.

Wielokrot­nie pod­kreślałem, że jestem mieszczuchem i nie przy­wykłem do obcow­a­nia z naturą. Ale tym razem czer­pałem z tych naszych spac­erów dziką radość. Choć mieszkamy na obrzeżach Krakowa, to jed­nak było to możli­we głównie ze wzglę­du na abso­lut­ny brak samo­chodów na dro­gach.

Zabrakło mi odwa­gi (a przede wszys­tkim — powodu), by wybrać się do cen­trum. Śledz­iłem na bieżą­co wszys­tkie mate­ri­ały doku­men­tu­jące pusty Rynek, oko­lice Wawelu czy Kaz­imierz. Wyglą­dało to moc­no sur­re­al­isty­cznie.

Tak jak poniższe wideo. “Covid­ha­gen” zare­je­strowany został na przestrzeni dwóch miesię­cy, ale efekt jest piorunu­ją­cy. Kopen­haga pozbaw­iona ludzi robi ogromne wraże­nie. Przyz­nam — miałem cia­r­ki oglą­da­jąc ten film za pier­wszym razem.


Legendarna identyfikacja wizualna

O tym, że byłem wiecznym stu­den­tem, które­mu okres edukacji przedłużył się praw­ie dwukrot­nie przy okazji zal­icza­jąc kil­ka krakows­kich uczel­ni wyższych zdarza­ło mi się kil­ka razy opowiadać. Być może część z Was wie, że w trak­cie mojej aka­demick­iej przy­gody ukończyłem dwulet­nie stu­dia uzu­peł­ni­a­jące mag­is­ter­skie z zarządza­nia z mar­ketingową spec­jal­iza­cją. Ale o tym, że pracę mag­is­ter­ską pisałem na tem­at sys­te­mu iden­ty­fikacji wiz­ual­nej i księ­gi znaku wiedzieć może już niewielu.

Bo od zawsze fas­cynowały mnie iden­ty­fikac­ja wiz­ual­na. Dobre, moc­ne i zapada­jące w pamięć logo to pod­stawa. Ale swo­jej mocy nabiera, gdy pro­jek­tant określi spójny sys­tem graficzny, zaczy­na­jąc na takich para­me­try, jak obszary bez­pieczeńst­wa czy kolorysty­ka w otocze­niu której znak fir­mowy może wys­tępować na wiz­ual­iza­c­jach umieszczenia znaku na różnych mate­ri­ałach (jak wiz­ytówka czy… skafan­der) kończąc.

Nie od dziś wiado­mo, że kiedyś to były cza­sy, dzisi­aj nie ma cza­sów i wszys­tko co zostało stwor­zone kiedyś jest lep­sze niż dziś. Dlat­ego z wyp­ieka­mi na twarzy oglą­dam pochodzące z lat 60., 70. i 80. mate­ri­ały doty­czące ikon­icznych już iden­ty­fikacji takich wiz­ual­nych pereł jak NASA, Apple, nowo­jors­ki sys­tem trans­portu czy olimpia­da w Moskwie.

Moc­ne pole­canko! (aby prze­jść, kliknij w obrazek poniżej 👇 )


Le Corbusier w skrócie

Z bru­tal­izmem jako nurtem w architek­turze mam relację miłość-nien­aw­iść.

Wiz­ual­nie jestem nim abso­lut­nie oczarowany. Uwiel­bi­am jego surową for­mę częs­to zder­zoną z nieoczy­wisty­mi ksz­tał­ta­mi. Krakowskie Forum, łódz­ki Man­hat­tan, super­jed­nos­t­ka i gwiazdy w Katow­icach, o całym nabrzeżu South­bank czy Bar­bi­can Estate w Lon­dynie. Uwiel­bi­am obcow­ać, oglą­dać, chłonąć.

Ale czy chci­ałbym mieszkać? Niekoniecznie. No może wyjątkiem był­by Bar­bi­can. Bo jest w Lon­dynie. No i jest Bar­bi­canem ❤️

Nie jestem ekspertem w tym tema­cie. Ale zawsze, gdy dotykam tem­atów wielkiej pły­ty, budown­ict­wa wielorodzin­nego i “nowych miast” twor­zonych w lat­ach 50. i 60-tych, zawsze gdzieś pojaw­ia się Le Cor­busier. Bo w dużej mierze był on ojcem tej idei. Współczesne mias­ta wiele mu zawdz­ięcza­ją, choć nie zawsze są to same pozy­ty­wy. Poniższy mate­ri­ał stwor­zony przez “The school of life” jest dobrym wprowadze­niem do tych idei.


Indiana Jones hip-hopu

W poprzed­niej Piąteczce wspom­i­nałem o tym, jak DJ Cube wyruszył do Nowego Jorku ślada­mi hiphopowych korzeni wyposażony w wydrukowane kadry z ważnych dla siebie klipów czy filmów.

Na podob­ną wyprawę wybrał się Nick Light — bohater tego mate­ri­ału.

Zawsze słyszymy o Bronksie — o tym, że hip-hop nar­o­dz­ił się w Bronksie. Brook­lyn ma swo­je rozdzi­ały w hiphopowej his­torii. Queens zawsze jest jak­by pomi­jany. To trochę zadzi­wia­jące, że Queens w ogóle zosta­je zapom­ni­ane. Prze­cież to miejsce nar­o­dzin super­grupy — Run DMC.

Jego wyprawa ślada­mi Runa, D.M.C. i Jam Mas­ter Jay’a jest imponu­ją­ca. Z niezwykłą zaciekłoś­cią wyszuku­je ory­gi­nalne miejsców­ki, w których trzy a cza­sa­mi niemal cztery(!!!) dekady temu pow­stawały ses­je zdję­ciowe z udzi­ałem leg­en­darnych artys­tów. O samych fotografach (jak choć­by Glen E. Fried­man) mógłbym zro­bić osob­ny mate­ri­ał — i kto wie… może przyjdzie i czas na nich. A póki co — zabier­am Was na Queens.


Harmonia różnic Kamasiego Washingtona

Wydany w 2015 “The Epic” — debi­u­tanc­ki album Kamasiego — wyr­wał mnie z butów. Stwor­zony przez sak­so­fon­istę świat jest na tej pły­cie moc­no nieoczy­wisty, różnorod­ny i niezwyk­le (nie tylko obję­toś­ciowo, ale przede wszys­tkim dźwiękowo) obsz­erny.

Dwa lata później Kamasi wydał epkę “Har­mo­ny of Dif­fer­ence”. Pre­miera pier­wszego utworu odbyła się za pomocą plat­formy WeTrans­fer (a w zasadzie — ich częś­ci kon­tentowej) i towarzyszyło mu sporych rozmi­arów opra­cow­anie. Opisy­wało ono nie tylko pro­ces pow­stawa­nia pły­ty, ale zaw­ier­ało również takie wąt­ki jak pro­ces twór­czy jako taki, poszuki­wanie włas­nego gło­su i sty­lu czy współpra­cy nad kole­jny­mi pro­jek­ta­mi z członka­mi swo­jej rodziny.

Zapraszam Was do świa­ta Kamasiego! (aby prze­jść, kliknij w obrazek poniżej 👇 )


*“Nowe Sławy — czekali ponoć fani / i wszyscy klaszczą, jak­by wylą­dowali” — Dwa Sławy, “Człowiek Sztos” z pły­ty “Ludzie sztosy