Piąteczka #28

Categories piąteczka

Piątek. Piąteczek. Pią­tu­nio. Piątel­lo. Pią­tasek.

Jak­by go nie nazwać, to jed­nak nie da się ukryć, że wjechał. A wraz z nim — jak to od kilku­nas­tu już tygod­ni w te piąteczki bywa — wjeżdża piąteczka.

Miejmy to już za sobą. Przeczy­ta­j­cie i zaczni­j­cie week­end.

Świątynia kaosu

Infor­ma­c­ja o tym miejs­cu obiegła już wszys­tkie por­tale ser­wu­jące cieka­wostki ze świata (od High­So­bi­ety po Znud­zoną Pandę), więc zakładam, że część z Was już o tym wie.

Pew­na gru­pa hisz­pańs­kich wari­atów postanow­iła przek­sz­tał­cić stulet­ni opuszc­zony koś­ciół w… skatepark. Przy okazji do współpra­cy zapros­zono street artow­ca — Okudę San Migue­la — który pokrył ściany i sklepi­e­nie budynku przepięknymi i kolorowymi pra­cami.

Autorzy zdjęć: La Iglesia Skate / Red Bull Media
Autorzy zdjęć: La Igle­sia Skate / Red Bull Media

W reulta­cie pow­stało coś, co nazwać moż­na współczes­ną Kaplicą Syk­styńską. Szanu­ję!

CHILDREN OF DARKLIGHT (Light Painting Photography)
CHILDREN OF DARKLIGHT (Light Paint­ing Pho­tog­ra­phy)

Więcej na tem­at pro­jek­tu: [ KLIK KLIK KLIK ] oraz [ KLIK KLIK KLIK ]

…oraz film, w którym Oku­da opowiada o sobie, swo­jej twór­c­zoś­ci i tymże pro­jek­cie:

Linia życia GoudaWorks

Choć czytel­nikiem Goudowe­go blo­ga stałem się sto­sunkowo późno, to jego tek­styl­na przy­godę śledzę prak­ty­cznie od początku. To taka trochę his­to­ria w sty­lu: rób swo­je, zami­ast gadać.

Gość z całkiem niezłym łbem do wymyśla­nia chwytli­wych slo­ganów oraz całkiem nien­aj­gorszym poczu­ciem este­tyki założył fan­pe­jdża na Fejsie, na które­go wrzu­cać będzie różne swo­je pomysły ubrane pro­jek­ty graficzne. Goud od początku jas­no dawał do zrozu­mienia, że nie uważa się za grafika i sza­cunku na tym polu raczej nie zdobędzie. Chwilę później zaprezen­tował pier­wszy wzór koszulki: Beau­ty Bału­ty… i dalej wszys­tko potoczyło się law­inowo.

Od zawsze Gouda­Works na tle inny­ch marek odzieżowych (poza oczy­wiś­cie stylem) wyróż­nia się dwoma ele­men­tami. Pier­wszym z nich jest Łódź. To właśnie wokół niej krę­ci się więk­szość pro­jek­tów, z racji czego Daniel bard­zo szy­bko zdobył lokalne poszanowanie. Ale “Bału­ty” widzi­ałem również przechadza­jące się po Krakowie, więc odbiór zde­cy­dowanie wykracza poza Mias­to Włók­niarzy.

Drugim charak­terysty­cznym ele­mentem jest unika­towość kole­jny­ch wzorów. Nakłady są sza­le­nie małe — wys­tępu­ją w kilkudziesię­ciu sztukach i Goud zawsze krę­ci nosem, gdy ludzie naciska­ją w spraw­ie dodruków. Ale dzięki tym niskim nakładom kole­jne wzo­ry schodzą na pniu.

Ale czemu o tym piszę? Daniel kilka dni temu odpal­ił minis­er­wis, w którym prześledz­ić moż­na dokład­nie jak rozwi­jało się GW. A na końcu zobaczyć miniatu­ry doty­chcza­sowych pro­jek­tów. Całkiem sporo tego.

Zobacz tu: [ KLIK KLIK KLIK ]

goud

Nowe kalendarze Lindnera

Co najlepiej pasu­je do mod­elek w bieliźnie z cyck­ami na wierzchu? Otóż ktoś kiedyś stwierdz­ił, że… trum­ny.

Fir­ma Lind­ner na ten pomysł wpadła w 2010 roku. I wtedy właśnie wypuś­ciła pier­wszą ser­ię ści­en­ny­ch kalen­darzy z fotografi­ami pań tulą­cy­ch się do drew­ni­any­ch skrzynek. Choć wtedy jeszcze główne częś­ci ciała były poza­kry­wane to sam pomysł… zażarł. Już przy pier­wszej edy­cji o pro­jek­cie pisały media nie tylko pol­skie, ale również bry­tyjski Dai­lyStar czy niemiecki Finan­cial Times. W 2012 pojaw­ił się pełny negliż, choć przysłonię­ty far­bą, a rok później wys­tępu­ją­cym w ses­jach zdję­ciowych pan­iom pier­si wyskoczyły na wierzch.

Rok 2016 upłynie pod hasłem „retro”.

Kalen­darz LINDNER 2016 wyraża tęsknotę za dawnymi cza­sami — za dżentelmenami w cylin­drach i damami w koronkach. To powrót do źródeł, do tego, co klasy­czne, wartościowe i prawdzi­we. Każde zdję­cie jest ręcznie mal­owane, tak jak to robiło się kiedyś…

Moż­na już zamaw­iać. Koszt? 30 zło­ty­ch.

Klik klik klik: [ KLIK KLIK KLIK ]

lindner

Komplikacje Gniazda

Jeśli zapy­tać statysty­czne­go Polaka o najlep­szy­ch pol­s­kich snow­board­zistów, jest wiel­ce praw­dopodob­ne, że pad­nie nazwisko które­goś z olimpi­jczyków — Mar­czuła­jtis lub Ligoc­cy. Gdy­by zadać to pytanie w środowisku, to 9 na 10 odpowiedzi brzmi­ałoby Pawlu­si­ak.

Jego tata, Tadeusz, był dwukrot­nym olimpi­jczykiem i dwukrot­nym mis­trzem Pol­ski w skokach nar­cia­rs­kich. Dlat­e­go dzi­wnym nie jest, że mały Wojtek zaczy­nał od tej dyscy­pliny. Należał do reprezen­tacji Pol­ski i wróżono mu kari­erę na miarę Małysza.

W 2005 zamienił dwie deski na jed­ną i z ogrom­ną pasją zaczął katować poręcze, murki i inne ele­men­ty przestrzeni miejskiej. Rok później wygrał pier­wsze między­nar­o­dowe zawody (Horse­feath­ers Jib Jam) i jego kari­era nabrała rozpę­du.

Sprawy nieco skom­p­likowały się rok temu, gdy na stoku w Zakopanem doz­nał kon­tuzji kolana, która wye­lim­i­nowała go na resztę sezonu. Przez kole­jny­ch kilka­naś­cie miesię­cy Gni­az­do stoczył batal­ię o powrót do zdrowia. Wygraną, bo wró­cił już na deskę.

His­to­ria tej walki została udoku­men­towana w filmie “Com­pli­ca­tions”. I ja go tutaj właśnie Wam położę:

DeepArt.io

Część z Was przyszła tu zapewne wyjaśnić zagad­kę poniższej grafiki…

7965bccb90f3a24e-179623

Od jakiegoś cza­su pojaw­iały się na moim fejsie zdję­cia zna­jomy­ch styl­i­zowane na prace, które wyszły spod pęd­zla Van Gogha. Chwilę później okaza­ło się, że zostały stwor­zone przy pomo­cy gen­er­a­tora na stron­ie DeepArt.io.

Mech­a­nizm prosty — wgry­wasz fotkę, wybierasz jeden z gotowych stylów (trzy rodza­je Van Gogha, bard­zo dzi­w­na Mona Lis­ta, bizon z jask­ini Altami­ra albo Wyspi­ański) lub wgry­wasz dowol­ne inne dzieło jako mate­ri­ał źródłowy, czekasz trzy dni i na mejla dosta­jesz link z gotową pracą. Za 2 euro możesz skró­cić czas oczeki­wa­nia do ok. 30 min­ut.

W pier­wszej chwili potrak­towałem to jako fajną zabawkę. Ale długi czas oczeki­wa­nia dał mi do myśle­nia, że raczej nie mam do czynienia z fil­trami z Insta­gra­ma, a bardziej skom­p­likowaną infra­struk­turą. Dodatkowo zaciekaw­iła mnie obec­ność Wyspi­ańskiego wśród domyśl­ny­ch prac.

Zajrza­łem na stronę „O pro­jek­cie”, sprawdz­iłem jego autorów i bard­zo szy­bko znalazłem wszys­tkie odpowiedzi. DeepArt to narzędzie, który w opar­ciu o sieci neu­ronowe przetwarza zawartość jed­nej grafiki w styl drugiej. Wyko­rzys­tu­je algo­rytm przed­staw­iony trzy miesiące temu przez trzech naukow­ców (Gatys, Eck­er, Bethge) w pra­cy naukowej zaty­tułowanej „Neu­ronowy algo­rytm stylów graficzny­ch”. Samo narzędzie stwor­zone zostało przez dwóch pol­s­kich naukow­ców — Łukasza Kidz­ińskiego i Michała War­choła. Pier­wszy jest absol­wen­tem Uni­w­erku Warsza­wskiego, drugi — Jagiel­lonki. Obec­nie pracu­ją razem na uni­w­erku w Lozan­nie gdzie zaj­mu­ją się statystyką i anal­izą dany­ch.

Ich mis­ją było przed­staw­ie­nie nowoczes­nej maszyny uczącej się szer­sze­mu gronu. I tak zrodz­ił się DeepArt. Kosz­ty utrzy­ma­nia tej maszyny prz­eras­ta­ją budżet autorów pro­jek­tu. Więc pieniądze, które wyda­jesz na przyspiesze­nie wygen­erowa­nia pra­cy pozwala utrzy­mać pro­jekt przy życiu. Czyli wyda­jąc dwa euro wspierasz pol­ską naukę. Całkiem spoko, co nie?

Zrób sobie dzieło sztuki: [ KLIK KLIK KLIK ]

1e53329e65b361fa-184401