Muzyczny czerwiec

Categories cykl, muzyczny, muzyka

Bez zbęd­nych wstęp­ni­aków.

Dziś o debi­u­tanck­iej epce Plasha, kon­cer­cie Tuff Enuff, samo­je­bce z Ptaszynem Wróblewskim i Bob­bym Wom­acku.

Zapraszam!

Plash — Isolation

Zdarzyło mi się pon­ad dziesięć lat temu, chwilę po przeprowadzce do Krakowa, zajrzeć wraz z kumplem (poz­dro, Pio­ntal!) do malutkiego klubu gdzieś w okoli­cach rynku. Mimo tego, że miejsce było total­nie opus­tosza­łe (didżej, jego part­ner­ka, jak­iś ich zna­jomy plus my) z każdym kole­jnym numerem płyną­cym z głośników utwierdza­l­iśmy się, że lep­szego miejs­ca tej nocy w Krakowie nie zna­jdziemy. Tłusty funk mieszany z klasyka­mi rapowy­mi i od cza­su do cza­su wple­cione gitarowe brzmienia pokro­ju Dog Eat Dog czy Rage Against The Machine wprowadza­ły nas w stan muzy­cznej ekstazy. Zostal­iśmy do białego rana. Na koniec didżej przy­bił nam piątkę za podob­ne gus­ta muzy­czne i pogadal­iśmy chwilę o muzyce. Tak poz­nałem Przeplacha.

Zawsze z uśmiechem na gębie, pozy­ty­wną energią, którą zaraża całe otocze­nie oraz masą wesołych opowieś­ci. Didżej wari­at. Hiphopowa insty­tuc­ja. Jeden z ostat­nich, którzy w cza­sach Ser­a­to do klubu przy­chodzili z tor­ba­mi pełny­mi winyli. Od kilku lat kole­jny­mi mik­ste­j­pa­mi i (przede wszys­tkim) graniem bboy­owych imprez kon­sek­went­nie budu­je swo­ją rozpoz­nawal­ność w Polsce i na świecie.

I choć o winy­lu z włas­ny­mi pro­dukc­ja­mi wspom­i­nał już dawno, nie robił tego na szy­bko, ale skrupu­lat­nie rzeźbił swój mate­ri­ał. Warto było czekać, bo pow­stała pereł­ka. Dotłacza­nia nie będzie, a wyszło pięćset sztuk, więc zakupowy poś­piech stanow­c­zo jest zale­cany.

plash1

Iso­la­tion ide­al­nie pasu­je do kom­ple­tu pozostałych wydawnictw, w których maczał palce Plash. Całość jest do odsłucha­nia na Band­campie, a krążek pro­mu­je numer “Wake up call” zare­je­strowany z holen­der­skim rap­erem Blab­ber­M­oufem.

Choć kolekc­ja nie jest peł­na, bo wciąż czekam na zapowiedziany kil­ka lat temu mik­ste­jp hard­ko­rowy. Na jego poczet przekaza­łem nawet swego cza­su moje Body Count. Mina Plasha gdy roz­pakował prezent i ujrzał prze­bo­je z Niemieck­iej Repub­li­ki Demokraty­cznej była świet­na, ale reakc­ja gdy odkrył wkład­kę — bez­cen­na :)

plash1

Tuff Enuff

Pod koniec czer­w­ca odbyły się finały elim­i­nacji do Przys­tanku Wood­stock, w ramach którego 11 kapel wal­czyło o możli­wość zagra­nia na tym ponoć najwięk­szym fes­ti­walu w tej częś­ci Europy. Nor­mal­nie obok takiej infor­ma­cji przeszedłbym z boku, jed­nak obec­ność Mamy Seli­ty wśród tejże jede­nast­ki oznacza­ła, że i mnie tam nie może zabraknąć. W zeszłym roku w finale elim­i­nacji, który odbył się w Katow­icach chłopakom nie udało się zak­wal­i­fikować. Nie pomógł nawet fakt, że stałem z nimi na sce­nie i machałem seli­towym sztan­darem (mam nadzieję też, że nie zaszkodz­ił ;)). Tegorocz­na edy­c­ja miała odbyć się w krakowskim Kwadra­cie, więc obec­ność pod sceną była bardziej niż pew­na.

Moc­no się zdzi­wiłem, gdy wśród kapel wal­czą­cych o Wood­stock zobaczyłem Tuff Enuff. Pamię­tam jakąś kolonię nad morzem ze dwadzieś­cia lat temu. Jeden z kolegów z poko­ju przy­wiózł ze sobą kil­ka kaset, a wśród nich “Cyborgs don’t sleep”. Nie do koń­ca rozu­mi­ałem wtedy tą muzykę, ale ich wer­s­ja “Piosen­ki z fil­mu o Korkim” niezwyk­le mi się wów­czas spodobała.

Dla mnie ci goś­cie mają sta­tus leg­endy i trochę nie rozu­mi­ałem, dlaczego kapela, która na Wood­stocku zagrała już dwa razy (i to na sce­nie głównej) musi star­tować w elim­i­nac­jach, ale cóż… życie bywa bru­talne. Przy­ci­chło o nich na jak­iś czas, zniknęli ze sce­ny na kil­ka lat i ter­az swo­ją wiary­god­ność muszą budować od nowa. Z tym więk­szą cieka­woś­cią oczeki­wałem ich kon­cer­tu.

I przyz­nam szcz­erze — ich ener­gia mnie zmiotła. Zagrali set pię­ciu utworów (bo tyle cza­su przysługi­wało każdej kapeli), bezwzględ­nie rozpraw­ia­jąc się z pub­liką. A ja byłem głównym orga­ni­za­torem mły­na.

Ostate­czny werdykt: Mama Seli­ta weszła na małą wood­stock­ową scenę. I to cholernie cieszy.
Tuff Enuff jako jeden z dwóch zespołów uczest­niczą­cych w finale nie zak­wal­i­fikował się nigdzie… I to mnie poza­mi­atało.

tuff

Nie do koń­ca zgodz­iłem się z tymi wynika­mi. Spędz­iłem tego wiec­zoru z chłopaka­mi trochę cza­su i trochę pogadal­iśmy. Trochę goryczy w tej roz­mowie było, ale najważniejsze że robią swo­je. Na jesieni nowa pły­ta. Mają też wró­cić do Krakowa w ramach trasy pro­mo­cyjnej. Na oba wydarzenia czekam z niecier­pli­woś­cią.

A do domu wró­ciłem z tisz­ertem i doty­chcza­sowy­mi krążka­mi Tuff Enuff.

Jan Ptaszyn Wróblewski

Jeżeli bohaterów poprzed­nich kilku para­grafów uważam za leg­endę, to Ptaszyn-Wróblews­ki jest dla mnie ikoną.  Nie będę się tu rozpisy­wał za jego wkład w pol­ską muzykę rozry­wkową, bo to wstyd nie wiedzieć kim Pan ów jest.

Ponieważ jestem osobą śred­nio zaz­na­jomioną z radiem, jego trójkowe audy­c­je odkryłem dzię­ki Karolce. I zakochałem się w nich. Aneg­do­ty z pol­s­kich estrad i jaz­zowych klubów ser­wowane językiem dzi­ad­ka rezo­lut­nie opowiada­jącego wnuczkowi his­to­rie ze swo­jego życia niesamowicie zapadły mi w pamięć.

W Krakowie pojaw­ił się przy okazji niedzieli nowoor­leańskiej odby­wa­jącej się w ramach fes­ti­walu jaz­zowego orga­ni­zowanego przez Piwnicę pod Barana­mi. Na samym kon­cer­cie nie byłem, ale samo­je­bkę z mis­trzem strzelić się udało.

Jan Ptaszyn Wróblewski

 

Bobby Womack …

Smut­nym jest, że w cza­sach tego całego social mediowego clut­teru (za który nieste­ty odpowiadam również i ja) infor­ma­c­ja o śmier­ci tak ważnego artysty jak Bob­by dotarła do mnie z kilkud­niowym opóźnie­niem. A dowiedzi­ałem się o tym za sprawą pięknego hoł­du w postaci utworu „Gonna Miss U” złożonego przez Raphaela Saadiqa.

O Wom­acku wspom­i­nałem tutaj pod­sumowu­jąc muzy­cznie rok poprzed­ni. Pisałem wów­czas, że uwiel­bi­am te wielkie powroty pięknych soulowych głosów, a jego „Bravest man in the uni­verse” był dla mnie jed­nym z najważniejszych albumów roku 2012. I zami­ast min­u­ty ciszy, po dotar­ciu do mnie infor­ma­cji o jego ode­jś­ciu, ucz­ciłem go 37. min­u­ta­mi odsłuchu tego cud­ownego albu­mu…