Miuosh, Jimek i NOSPR w Zabrzu

Categories muzyka

To miało być jedno z najważniejszych wydarzeń koncertowych w moim tegorocznym kalendarzu.

Niestety – wysokie oczekiwania zderzyły się z rzeczywistością. Dziś w kilku gorzkich słowach o festynie w Zabrzu.

Katowice

O pierwszym koncercie w Katowicach dowiedziałem się kilka tygodni po tym, jak wyprzedano wszystkie bilety. Dopytać o drugi jechałem specjalnie na bonarkowy koncert Miuosha grany w ramach WOŚP.
Po kilku kolejnych tygodniach informację o sprzedaży biletów na ów drugi katowicki odnalazłem z kilkugodzinnym poślizgiem. Oczywiście wszystkie zdążyły się już rozejść.

Z pomocą przyszła znajoma pracująca dla redakcji muzycznej jednego z portali. Menadżer artysty obiecał jej ogarnąć temat. Nagle, mimo wcześniejszych potwierdzeń że „między nami spoko”, na dwa dni przed zaczęło się nie odbieranie przez niego telefonów, informacje „chyba się nie da” i ogólnie postawa wycofująca się. Miałem nadzieję do samego końca. Pojechałem do NOSPRu, zrobiłem dwie samojebki w gmachu (bang i bang) i… wróciłem do domu z kwitkiem.

Na trzeci, tym razem w Zabrzu, kupiłem bilety w drugiej minucie uruchomienia ich sprzedaży. Czy było warto?

Miejsce

Pierwsze dwa odbywały się w gmachu Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia. W sali koncertowej zaprojektowanej z niezwykłą starannością przez światowej klasy eksperta – najlepszego w swoim fachu … Skonstruowanej tak, że niezależnie czy siedzisz w pierwszym rzędzie przy scenie, czy ostatnim rzędzie balkonu – dźwięk ma do Ciebie docierać w ten sam sposób. Miejsce wyjątkowe, wyjątkowy koncert i w ogóle otaczająca całość projektu aura niezwykłości.

Trzeci odbył się jako wisienka na torcie tegorocznej Industriady czyli Święta Szlaku Zabytków Techniki ziemi śląskiej. Umiejscowiono go wśród zabudowań sztolni Królowa Luiza. Miejsca niezwykle interesującego, ale mimo wszystko… koncert odbył się pod chmurką, co w moim przekonaniu odjęło aurę wyjątkowości, zastępując ją… klimatem festynowym (piwko, kiełbaska i karczek, a do tego mrygające opaski na głowę, rękę i kto-wie-co-jeszcze).

Atmosferę ciszy i skupienia, które w pewnym sensie wymusza sala filharmoniczna zastąpiły głośne rozmowy i momentami gwizdy (o tym za chwilę). Czułem się bardziej na Dniach Tomaszowa niż jedynym w swoim rodzaju wydarzeniu.

Obsuwa

Teren koncertu podzielony był na dwie strefy – ogólnodostępną gastro oraz biletowaną koncertową. W tej drugiej również można było kupić piwo i coś do szamy, jednak kilka nalewaków w połączeniu z 2,5-tysięcznym tłumem ustawiającym się w jednej kolejce oznaczało, że stawiając chętnych do spożycia w jednej linii możnaby połączyć Zabrze z Katowicami. Fakt ów jest na tyle kluczowy, że po wejściu do strefy koncertowej nie można jej było już opuścić.

Start zaplanowano na godzinę 22. Po trzech kwadransach na scenie pojawił się konferansjer i z weselną manierą poprosił o… kilkanaście minut cierpliwości. Wyszedł po kwadransie i zapowiedział… kilkuminotowy film o kopalni Guido. I następny o Industriadzie. I kolejny o czymś-tam. I jeszcze jeden…

Przyznać muszę, że gość prostej roboty nie miał, bo próbując zapowiedzieć każdy kolejny materiał filmowy musiał przebijać się przez coraz głośniejsze gwizdy i okrzyki niezadowolenia. Po obejrzeniu całej masy niezwykle ciekawych filmów… puszczono kolejny. Tym razem prezentował ekipę parkourowców, którzy chwilę później wykonali kilka – przyznać muszę – całkiem spoko ewolucji na postindustrialnych elementach otoczenia, dachach budynków i konstrukcji sceny.

W końcu, po pięciu kwadransach obsuwy zaczęło się to, na co wszyscy czekali.

Koncert

Nie jestem psychofanem Miousha. W zasadzie, gdyby nie ten projekt, to pewnie do dnia dzisiejszego nadal przechodziłbym obok jego twórczości obojętnie. Spoko barwa głosu, niezłe flow, nie najgorsze teksty. Zero hejtu, po prostu gdzieś nie zaiskrzyło.

Dla Jimka szczere uszanowanko za wykonaną pracę. Zaaranżował i stworzył zapis nutowy każdego instrumentu biorącego udział w tym projekcie. A muzyków na scenie siedziało kilkudziesięciu. Skrzypce, wiolonczele, perkusiści, fortepian, nawet harfa. Wszystko brzmiało pięknie. Ale…

Miałem wrażenie (i z rozmów przeprowadzonych po koncercie wiem, że nie tylko ja), że w wielu momentach muzyka i rap stanowiły tutaj dwie zupełnie niezależne ścieżki. Nierówne ścieżki. Aranże choć piękne, to pozbawione były charakterystycznego dla rapu wyrazistego rytmu. Rozumiem – inna formuła. Nie oczekuję, że jednym z elementów orkiestry powinna być MPCtka. Ale całość – zamiast tworzyć harmonię – zgrzytała.

Zawiodła na żywo również finałowa suita (czyli historia hip hopu wg Jimka, o której pisałem tutaj). To co przeszkadzało mi już w wersji jutubowej, na żywo odczułem dobitniej. Znowu – aranże choć przygotowane i wykonane w wybitny sposób to… złożone w zupełnym nieładzie. Ot, kilku sekundowe tematy znanych utworów posklejane bez większego planu. Gdybym usłyszał podany dokładnie w takiej formie set klubowy, to stwierdziłbym, że oto mam do czynienia z najbardziej chujowym didżejem na świecie. Brak spójności, brak jakiegokolwiek budowania napięcia, jakby sam koncept skończył się na haśle „zagrajmy to z orkiestrą!”.

Aha – na scenie zabrakło też Joki, który w katowickich koncertach brał udział. Smuteczek.

Podsumowując

Dwa dni przed zabrzańskim koncertem odbyła się oficjalna premiera CD+DVD dokumentujących katowickie wydarzenie. Przy jej okazji odbył się również krótki, plenerowy i darmowy koncert Miousha z Jimkiem i NOSPRem.

I trochę obawiam się, że projekt, którego zapowiedź na początku roku zmiotła wszystko i pretendował do miana jednego z najważniejszych wydarzeń na polskiej rap scenie zaczyna rozmieniać się na drobne.

Istnieje ogromna szansa, że moją percepcję tego koncertu mocno skrzywiła prawie półtoragodzinna obsuwa połączona z brakiem jakiekolwiek informacji oraz irytującym konferansjerem próbującym ratować sytuację.

Tak czy inaczej – cieszę się, że zobaczyłem to na żywo. DVD raczej nie kupię (przynajmniej nie w wyjściowej cenie, czyli 70 pln). Gdyby zaplanowali koncert w krakowskiej filharmonii – nie wykluczam, że się wybiorę. Ale drugi (a w zasadzie trzeci) raz zobaczyć ten projekt specjalnie na Śląsk jechać już nie zamierzam.