Koncertowy 2k15. Część 3

Categories muzyka

Przed Wami trze­cia część kon­cer­towa­nia pod­sumowa­nia roku.

Z każdym kole­jnym nieopisanym dotąd kon­certem akapi­ty sta­ją się coraz dłuższe… Jeśli nadal tu ze mną jesteś­cie, to chy­ba nie macie nic innego do robo­ty.

Tak czy inaczej — jeśli jesteś wyz­naw­cą zasady TL;DR to zapraszam na Kwe­jka. A jeśli nadal masz ochotę trochę poczy­tać, to klikaj dalej.

Jeśli prze­gapiłeś dwa poprzed­nie posty, to sprawdź część pier­wszą oraz drugą.

#27: O.S.T.R. (Błonia)

Decyzję o zakupie kar­ne­tu na trwa­ją­cy dwa dni Live Music Fes­ti­val pod­jąłem po poda­niu infor­ma­cji o jego ważnoś­ci dodatkowym kon­cer­cie Rudi­men­tal następ­ne­go dnia. Miał, że będzie on również pozwalał zobaczyć kon­cert Rudi­men­tal, który odbędzie się w fes­ti­walowym namio­cie następ­ne­go dnia po jego zakończe­niu.

Tuż przed samym rozpoczę­ciem LMF dołożono jeszcze do sobot­niego line-upu Ostre­go i nagle sob­o­ta stała się niefor­mal­nym fes­ti­walowym trzec­im dniem.

Tak czy inaczej — możli­wość zobaczenia Adama na żywo bard­zo mnie ucieszyła.

To był bard­zo trud­ny rok dla niego. Prob­le­my zdrowot­ne na grani­cy życia, ciężkie oper­ac­je, per­spek­ty­wa braku możli­woś­ci dal­szej pra­cy głosem i bard­zo dłu­ga reha­bil­i­tac­ja. A to wszys­tko zbiegło się mniej więcej w momen­cie wyda­nia „Podróży zwanej życiem” — najlep­sze­go mate­ri­ału w jego kari­erze. Po przesłucha­niu które­go stwierdz­iłem, że brzmi jak­by Ostry nagrał właśnie ostat­nią płytę. Jak­by pod­sumował wszys­tko co zro­bił do tej pory i nigdy więcej miał nie stworzyć żad­ne­go kole­jne­go numeru. A potem dowiedzi­ałem się o jego prob­lemach.

Wiosen­ny kon­cert został przełożony na… jesień. Chwilę później okaza­ło się, że Adam wys­tąpi na Juwe­na­li­ach, ale byłem wtedy poza Krakowem. Dlat­e­go możli­wość zobaczenia go przed Rudi­men­tal bard­zo mnie ucieszyła.

I jestem pod ogrom­nym wraże­niem. Człowiek, które­mu pękło płu­co, które­mu lekarze nie dawali szan­sy na powrót do rapowa­nia, który musi­ał poz­nawać na nowo wszys­tko czego uczył się i opanował przez całe życie do per­fekcji… Ten koleś brzmi­ał tak samo jak na każdym innym spośród niemal dwudzi­es­tu jego kon­certów które widzi­ałem do tej pory. Nie sły­chać żad­ny­ch prob­lemów. Wszys­tko wpor­zo. Jak­by nigdy nic…

Jestem pod ogrom­nym wraże­niem, bo musi­ał to osiągnąć zapewne nie lada wysiłkiem. Szanu­ję wiel­ce. Trzy­maj się Adaś!

W kon­tekś­cie wcześniej wspom­i­nanej frek­wencji — wesoły fakt z trze­ciego dnia: przed kon­certem Ostre­go udało mi się dotrzeć pod samą scenę w prze­ciągu min­u­ty od wejś­cia do namio­tu.

20909388415_84277ed94e_k

#28: Rudimental (Błonia)

Tęsknie za drum’n’bassem. Na prawdę.
A nieste­ty nie mam z nim do czynienia ostat­nio za wiele.

Ci Bry­tole na żywo to prawdzi­wa petar­da ener­gety­cz­na. W sum­ie na sce­nie pojaw­ia się kilku­nas­toosobowy skład. Są dęci­aki, jest tur­bo sekc­ja ryt­micz­na z sza­lonym perku­sistą na czele, są chórki. Z czego solowe par­tie wokalne w trak­cie wys­tępu wykonu­je chy­ba połowa osób ze sceny. W zależnoś­ci od dane­go numeru mikro­fon lądu­je z rąk do rąk i raz główny wokal prowad­zony jest przez kogoś z chórku, a innym razem przez na przykład sak­so­fon­istę.

Mógłbym pod­sumować ten kon­cert jed­nym słowem. TAŃCZYŁEM.
Coraz rzadziej się to ostat­nio zdarza. Chy­ba stworzę jak­iś cer­ty­fikat jakoś­ci, żeby przyz­nawać w takich momen­tach (#UszanowankoAk­sia).

Oczy­wiś­cie nie zabrakło wiel­kich sztosów jak „Wait­ing All Night” czy „We the gen­er­a­tion” oraz „Feel the love” na zamknię­cie. Ale zan­im nastąpił finał pojaw­iły się dwa cov­ery — „Jam­rock” oraz… „Orig­i­nal Nut­tah” Shy FX’a!

Z wielką chę­cią powtórzę w przyszłoś­ci, jeśli tylko nadarzy się okaz­ja.

#29: RYSY (Lukr, Rzeszów)

Na imprezy klubowe w trak­cie Inter­net­Be­ty Mateusz Tułecki zawsze starał się ścią­gać bardziej ambit­ne pro­jek­ty muzy­czne. Uczest­ni­cy do tej pory mieli okazję posłuchać m.in. Noviki czy Kamp! Tegoroczne RYSY ucieszyły mnie niezwyk­le.

Spotkaliśmy się w zasadzie w przede dniu wszys­tkiego tego co wydarzyło się w późniejszym cza­sie. Właśnie ukazy­wał się ich debi­u­tancki “Trav­eller”. Po kilku tygod­ni­ach zaczęły się wiz­y­ty w telewiz­jach śni­adan­iowych, kon­cert w Stu­dio im. Agnieszki Osieck­iej, zbi­janie piątek z Jean Michelle Jar­rem czy zwycięst­wo w Noc­ny­ch Markach. I wszys­tko to najzwycza­jniej w świecie im się należało.

Set krótki (niecała godz­i­na), raczej do kotle­ta (czy też może pod wód­kę i zakąskę), ale kilka nóg w ruch poszło. Fajne live-actowe granie z przepięknym wokalem Justyny Święs z The Dumplings. Z chę­cią sprawdzę ponown­ie. Bo i mam nadzieję, że w końcu dotrą do Krakowa.

IMG_7109 IMG_7157

#30: Future Folk (Kielnarowa)

Są takie sytu­acje, w których pewne rzeczy się wybacza. Są takie miejs­ca, które pewnym dźwiękom i kapelom sprzy­ja­ją.

I tak w wielkim skró­cie mógłbym powiedzieć, że z klubowe­go kon­cer­tu Future Folk wyszedłbym pewnie zan­im Stanisław Karpiel-Bułecka dotarłby do drugiej zwrotki pier­wsze­go utworu. No chy­ba, że słucham ich z czwartym piwem w jed­nej ręce i golonką w drugiej.

Bo impreza finałowa Bety to reg­u­larne łoje­nie, w trak­cie które­go nie bierze się jeńców. Bo umówmy się — w mieszczącej się w małej wiosce pod Rzes­zowem kar­czmie góral­skiej, gdzie unosi się woń piec­zone­go na rusz­cie kar­czku i kiełbachy, gdzie wód­ka i inne trunki leją się stru­mieni­ami nie ma co liczyć, że przyjmie się ambit­ny reper­tu­ar. Ma być głośno, szy­bko i radośnie.

IMG_7257 IMG_7293

I tak było. Por­wać na parki­et się nie dałem, ale przyz­nam szcz­erze że nie cier­pi­ałem jakoś wyjątkowo. Trak­tu­ję to jako ciekawe doświad­cze­nie. Ale doświad­czać więcej już za bard­zo nie mam ochoty.

A Stanisław okazał się jed­nak sym­pa­ty­czną mordeczką bez zbęd­ne­go gwiaz­dorzenia.

#31: Krystyna Prońko (ICE Kraków)

Na co dzień mogę słuchać najnowszy­ch wydawnictw z pol­skiej rap sceny, dar­cia mordy do ryt­micznie łomoczą­cy­ch gitar czy łamać kark do elek­tron­iczny­ch dzi­wolągów, ale… klasykę trze­ba znać. Jest gru­pa wiekowych artys­tów, którym bez­graniczny sza­cunek się należy. Za takich uważam choćby Zbyszka Wodeck­iego, Ewę Bem, Michała Urba­ni­aka czy Krystynę Prońko.

Więc gdy okaza­ło się, że w pra­cy leży pod­wój­na wejś­ciówka na jubileusz z okazji 45-lecia kari­ery estrad­owej Krychy, zgłosiłem się po nią naty­ch­mi­ast. Tym bardziej, że w końcu nadarzyła się okaz­ja do zwiedzenia nowe­go cen­trum kon­fer­en­cyjne­go (ICE Kraków).

I choć orga­ni­za­torzy zapowiadali ten wieczór jako NIEZWYKŁĄ GALĄ JUBILEUSZOWĄ, to… nazwałbym ją raczej kam­er­al­nym recitalem. Nie było fan­far, kon­fet­ti, spek­taku­larny­ch goś­ci i kwiecisty­ch przemów. Zami­ast bene­fisu uczest­niczyłem w spek­tak­lu jed­nej bohaterki.

Krycha, w towarzys­t­wie zespołu Wiesław Wilczkiewicz Ensem­ble, zaprezen­towała się fenom­e­nal­nie. Te kilka­dziesiąt wspól­ny­ch min­ut siedzi­ałem zahip­no­ty­zowany. W głowie przewi­jałem sobie twarze i głosy współczes­nej muzyki rozry­wkowej, które siłą i skalą moż­na przyrów­nać do jej możli­woś­ci. Nie byłem w stanie znaleźć nawet jed­ne­go.

Ogrom­nym zaskocze­niem był fakt, że w pro­gramie chy­ba jed­nak trochę ważne­go w jej życiu kon­cer­tu znalazło się również miejsce dla „Oszustów” z reper­tu­aru Flexxi­pa, który nagrała na płytę „Albo inaczej”. Uszanowanko!

12190063_417887521750770_8731266851468808165_n

#32: Dwa Sławy (Kwadrat)

Sław­ian­ie po raz trze­ci.
Z kli­matem w klu­bie już typowo gim­naz­jal­nym.

Wesoły fakt: nie mając skońc­zony­ch 18 lat na kon­cert moż­na było wejść wyłącznie z pod­pisanym przez rodz­iców oświad­cze­niem. Zna­jomy sto­ją­cy na bram­ce stwierdz­ił, że takim świstkiem przed­staw­iało się jakieś 90% wchodzą­cy­ch. Tak — to ten moment, gdy czułem się już staro.

Kon­cert w ramach „Zamknij Mordę Tour”. W ramach której wys­tąpili również Kuban i Que­bonafide. Potrak­towałem ten wieczór bardziej towarzysko niż muzy­cznie, więc wszys­tko co dzi­ało się na sce­nie przed reprezen­tan­ta­mi Łodzi zupełnie mnie nie intere­sowało.

Ich kon­cert — stan­dar­d­owo: tech­niczny rozpier­dol i obrażanie pub­licznoś­ci. Czyli mimo kilkudziesię­ciu sztuk zagrany­ch w tym roku u chłopaków wszys­tko w normie.

IMG_8938

IMG_8936

#33: Illa J (Poli)

Lubię tego typu kon­cer­ty. W małym klu­bie. Dla wąskiej grupy zajawkow­iczów. To taki wieczór, w który wybier­am się samemu do klubu i nagle okazu­je się, że bez żad­ne­go wcześniejsze­go umaw­ia­nia się spędzam go w gronie zna­jomy­ch.

Nie zamierzam się pow­tarzać, więc idź sobie tam: [ KLIK KLIK KLIK ]

illa-aks

#34: So Flow (Żaczek)

Zapewne gdy­by nie fakt, że w pady MPC­tki stuka tu mój zna­jomy to przeszedłbym obok So Flow obok.
A dzięki „krakowskim konek­sjom” mogę się im przyglą­dać od pewne­go cza­su z nie lada zaciekaw­ie­niem. Tym bardziej, jeśli wśród muzy­czny­ch inspiracji zespołu znaleźć moż­na takich artys­tów jak Cin­e­mat­ic Orches­tra, Bonobo, Hia­tus Kaiy­ote czy Arts the Beat­doc­tor.

Choć to jeszcze w sum­ie młokosy, to dźwiękowo bard­zo dojrza­ły pro­jekt. W tym roku wydali EPkę, do której chęt­nie wracam.

Na kon­cer­cie zabrakło nieste­ty akustyka, a gałkami krę­cili sami. Zabrakło odpowied­niej dźwiękowej plas­tyki i zaburzyło mi to trochę per­cepcję. Zde­cy­dowanie sprawdzę po raz kole­jny, bo muzyka So Flow jest tego warta.

Najbliższa okaz­ja 10 sty­cz­nia w trak­cie Idea Fix Fest, który odbędzie się w TYTANO — nowym obiek­cie przy­jaznym artys­tom i kul­turze. Jestem nieste­ty poza Krakowem wtedy, ale Ty idź i sprawdź. Okej?

#35: HDBeenDope (Poli)

Powiedzmy wprost – ludzi było tyle, że wystar­czyłoby dwóch osób, żeby policzyć na pal­cach wszys­t­kich kończyn głowy zna­j­du­jące się w klu­bie. Może potrzeb­na byłaby trze­cia osoba, żeby doliczyć obsługę.

Poza sceną HDBeen­Dope spraw­ia wraże­nie moc­no wyco­fane­go i zamknięte­go. Ale po wejś­ciu na scenę zamienia się w demona.

Idź tam, ale potem wróć, okej? [ KLIK KLIK KLIK ]

hd2

#36: Flue (Harris Piano Jazz Bar)

Gdy­by ktoś spy­tał mnie, jak baw­iłem się na sobot­nim kon­cer­cie FLUE i późniejszym afterze granym przez Dobre­go Kicka i Plasha to mógłbym odpowiedzieć jed­nym słowem: TAŃCZYŁEM.

Po opisie kon­cer­tu Rudi­men­tal już wiesz, że mimo wszys­tko nie zdarza się to częs­to. Więcej tu: [ KLIK KLIK KLIK ]

#37: Dilated Peoples (Kwadrat)

Ustalmy jed­ną rzecz na początku. Coś co niek­tórym z Was poz­woli trochę mniej zadław­ić się kaszanką w trak­cie czy­ta­nia kole­jny­ch akapitów. Otóż… nigdy nie byłem psy­chofanem Dilat­ed Peo­ples.

Ale choć nie znam dokład­niej pełnej twór­c­zoś­ci, to zde­cy­dowanie szanu­ję chłopaków z L.A. Dlat­e­go w myśl zasady „pamię­taj o korzeni­ach, bo korze­nie trze­ba mieć” – gdy dowiedzi­ałem się, że grać będą u mnie w mieś­cie, wiedzi­ałem gdzie będę tego wiec­zoru.

Obiecu­ję już, że w tym roku odsyłam Cię do innego tek­stu po raz ostat­ni. Więc klikni­jże: [ KLIK KLIK KLIK ]

TOP5

Rozpisy­wanie się mam już za sobą, więc bez głęb­szej anal­izy — po pros­tu bazu­jąc na oczeki­wa­ni­ach i odczu­ci­ach — pięć najlep­szy­ch kon­certów kończące­go się roku to:

  1. Dog Eat Dog
  2. Rudi­men­tal
  3. Limp Bizk­it
  4. Mid­nite Ses­sion z udzi­ałem Kuti­man Orchestry i inny­ch
  5. Ratatat

2k16

Dużo spek­taku­larny­ch kon­certów zapowiada się w tym roku.
Co praw­da z deklaracji wyjaz­du na The Cure w Łodzi już się raczej wyco­fu­ję, a że na Open’Era też nigdy zbyt­nio mnie nie ciągnęło, to i Red Hotów nie zobaczę. Mam nadzieję, że mimo wszys­tko uda mi się zmo­ty­wować na wyjazd w mar­cu do Łodzi na Macklemore’a. A lokalnie mam w planach w końcu sprawdz­ić Snowida.

Póki co czekam na Wodeck­iego z Mitch&Mitchem, których zobaczę z końcem lute­go w krakowskim ICE. A kon­cer­towy rok rozpocznę już 5 sty­cz­nia kon­certem dawno nie widziany­ch na żywo… Dwóch Sławów.