Diggowanie ręce brudzi – Łódź

Categories muzyka

Od pewnego czasu staram się przywozić z podróży winylowe pamiątki. Jeśli miejscem docelowym jest w miarę duże miasto, to niezależnie czy jest to Praga, Berlin, Warszawa czy Gdańsk – zawsze staram się zlokalizować na mapie lokalne dziuple z czarnym złotem. A następnie zaplanować trasę spacerową tak, by obok którejś z nich się „przypadkiem” znaleźć. Zazwyczaj przy tej okazji mojemu „oh, yeah” towarzyszy Karolki zrozpaczone „Och, nie”.

Z każdą z takich wizyt i podróży wiążą się różne historie, które kończą na fejsbuku, instagramie czy w prywatnych rozmowach. I chyba czas, by zacząć archiwizować je tutaj.

Przy okazji chciałbym powalczyć trochę z mitem, że winyle muszą być drogie. Nie muszą. Tylko trzeba się o to trochę postarać.

Dziś poczytacie o moich doświadczeniach z winylami w Łodzi.

Akt 1: przygotowanie

Przyszło mi w ostatnim czasie spędzić trochę czasu w dawnej stolicy polskiego przemysłu tekstylnego. Postanowiłem więc zasięgnąć języka wśród fejsbukowej winylowej braci na jednej z tamtejszych grup.

I padły następujące sugestie:

I z tymi notatkami wyruszyłem w podróż.

Akt 2: Antykwariat na Pietrynie

„Book się rodzi” pokochałem z miejsca. Za nazwę.

Okazja by zajrzeć do środka pojawiła się dość niespodziewanie. Ale skoro już stanąłem pod drzwiami tego miejsca, a ono było – mimo późnych popołudniowych godzin w sobotę – nadal otwarty, to grzechem było nie skorzystać.

Parter wyposażony jest w przeogromny księgozbiór i nawet trochę żałuję, że nie poświęciłem mu ani minuty. Bo gdy tylko usłyszałem od towarzyszącego mi Janka Wygi, że winyle są piętro niżej – od razu skierowałem swoje kroki tamże.

Piwnica praktycznie w całości poświęcona była muzyce. Zastałem tu kilka regałów z winylami, trochę CD, DVD i kaset. Zacząłem więc grzebanie.

Półka z rapem zawierała kilka tytułów, drum’n’bassowa (jak przystało na Łódź) – kilkadziesiąt, ale nie znalazłem tam nic godnego uwagi.

Regały w osiemdziesięciu procentach skrywały wiekowy szrot. Większość z płyt, które rzuciły mi się w oczy miałem już w swoich zbiorach. Co jakiś czas trafiałem na jakąś perełkę, zwłaszcza z okolic jazzu z serii „Polish…”, ale te z kolei znacząco wykraczały poza budżet, którym dysponowałem.

Po pół godzinie grzebania w półkach podszedłem lekko zrezygnowany do towarzyszącego mi kompana i stwierdziłem: „Nic tu nie znajdę”. A on, bez wcześniejszego ogarniania co kryją półki odwrócił się do pierwszej stojącej za nim, wyciągnął pierwszą płytę z brzegu i stwierdził: „To Ci się powinno spodobać”.

I tak oto w moje ręce trafiło „Rock your baby” George’a McCrae. Koszt: 15 złotych.

Nie byłbym sobą, gdybym nie postanowił zabrać ze sobą trochę wspomnianego szrotu. Janek postanowił być moim głosem rozsądku („Aksiu, po co ci to…?„). Dlatego zostawiłem w czeluściach krat m.in. brytyjskie marsze zagrane przez orkiestrę reprezentacyjną tamtejszej armii oraz melodie z warszawskich podwórek. Ale postanowiłem dać szansę czechosłowackiej wokalistce Petrze Janu wykonującej dwanaście słynnych i nagradzanych utworów filmowych. Zwłaszcza, że wśród utworów znalazłem. Koszt: 5 złotych.

Niestety, po powrocie do domu i zapoznaniu się z zawartością drugiej pozycji okazało się, że była wtopą. Znalazłem tu biesiadną muzykę estradową, którą w latach 70. I 80. można było usłyszeć na densingach czy innych tancbudach serwowanych pod kotleta. Jest tu trochę potencjału pod sampling, ale przecież nie jestem bitmejkerem… Cóż, bywa i tak. Nic to. Może kiedyś się przyda.

McCrae natomiast okazał się sztosem. Nic dziwnego, bo to album, z którego rezane były sample do utworów Snoopa, Pete Rocka, Notoriousa czy N.W.A.

Akt 3: Motobazar to nie giełda samochodowa!

W skutek rozmów na temat wnętrzarstwa i starych mebli w wysokim połysku kupowanych okazyjnie na różnych targach i giełdach mój gospodarz zarządził, że następnego dnia jedziemy na łódzką giełdę samochodową. Ucieszyło mnie to, bo pamiętałem, że jeden z komentujących na grupie winylowej wspominał jakąś „moto giełdę”. Zatarłem ręce z radości – upiekę dwie pieczenie na jednym ogniu.

Przyznać muszę, że owa „giełda samochodowa” jest dość specyficznym wydarzeniem na mapie Łodzi. Odbywa się co weekend na terenie dwupasmowej drogi oraz na jej przyległych włościach. Sprzedawanych samochodów tu nie dostrzegłem. Nabyć natomiast mogłem dosłownie wszystko. Opony. Nowe meble. Perfumy. Piece i kotły grzewcze. Chrupki w metrowych opakowaniach. Bieliznę. Wiatrówki. Dywaniki samochodowe. No, po prostu wszystko…

Po przebrnięciu przez główną aleję handlową dotarliśmy w końcu i do strefy „staroci”. Tu również można było nabyć wszystko, ale towar dosyć mocno nadgryziony był zębem czasu.

W trakcie naszego spaceru zreflektowałem się, że wspominany przez winylowych grupowiczów Motobazar i giełda, na której się właśnie znajdowaliśmy to dwie zupełnie różne miejscówki. Na szczęście dość szybko okazało się, że i tutaj znaleźć można sporo płyt.

Większość z nich to pakiety z serii „Niemiec nie płakał jak oddawał” czyli różnego rodzaju szroty z DDRu. Po przejrzeniu kilkunastu pierwszych płyt wiedziałem, że nic tu ciekawego nie znajdę. Jedyną ciekawostką było „Mexico 70„, które skrywało radiowe transmisje meczów reprezentacji Anglii i Niemiec oraz Niemiec i Włochów z mistrzostw świata w piłce nożnej. Z niemiecką narracją.

Kusiło, choć większego sensu w stawianiu tego na półce nie widziałem. Ba, nawet dałoby się na to zarobić, bo handlarz chciał za to dwa złote, a na Discogsie ceny zaczynają się od 2,5 euro. Pech chciał, że byliśmy jeszcze przed wizytą w bankomacie i nawet tych dwóch złociszy w portfelach nie posiadaliśmy.

W trakcie poszukiwań ściany płaczu natknęliśmy się jeszcze na kilka osób posiadających w ofercie swoich kramów winylowe płyty.

Ktoś tam selekcję miał nawet ciekawą (trochę jazzu, trochę rocka), ale zakurzone i leżące bez żadnego zabezpieczenia płyty na ziemi wyceniał 20PLN za jednopłytowy album, 30 PLN za 2LP… Z uśmiechem pod nosem ruszyliśmy w dalszym poszukiwaniu.

Ktoś inny wycenę miał na poziomie 10PLN za sztukę z opcją negocjacji. A wśród płyt na przykład takie ciekawostki, jak zachowane w idealnym stanie „The Wiz”, czyli ścieżkę dźwiękową z broadway’owskiego musicalu „Czarnoksiężnik z krainy Oz”. Za muzykę odpowiadał tu Quincy Jones, a wśród wykonawców pojawiają się Diana Ross i Michael Jackson. Wyhaczyłem to już jakiś czas temu w Paul’s Boutique, ale polecałem gorąco mojemu towarzyszowi. Z pewnością wybrałbym coś wartościowego u tego człowieka, gdybyśmy wracali tą samą drogą.

Szczęśliwie drogę powrotną wybraliśmy inną. I dzięki temu trafiliśmy złoty strzał.

A konkretniej – dotarliśmy do stoiska kobiety, która w swojej ofercie posiadała wyłącznie asortyment z Biedronki. A pomiędzy garnkami, pościelą i plastikowymi pojemnikami stał karton z winylami. Stali czytelnicy wiedzą, że obok tej biedronkowej oferty nigdy nie przechodzę obojętnie i przy okazji każdej edycji winylobrania coś tam do domu przynoszę. A że zawsze kupuje mniej niż bym chciał, to zabrałem się ochoczo do przeglądania zawartości wspomnianego kartonu.

Mój towarzysz podskoczył z radości, gdy zobaczył Kendricka „Untitled Unmastered”, bo kilka chwil wcześniej zdążyliśmy rozmawiać na temat tej płyty w tymże sklepie i że mi się udało ją kupić, a jemu nie.

Jedyną interesującą mnie płyta była ścieżka dźwiękowa do „Pulp Fiction”. I przyznam, że nie pragnąłem jej jakoś szczególnie. Zmieniło się to, gdy okazało się, że kosztować mnie będzie 25 złotych…

Dwadzieścia pięć złotych za nową, zafoliowaną płytę z całkiem zajebistą zawartością? Bierz mój hajs natychmiast.

Po opuszczeniu Łodzi naszła mnie refleksja, że powinienem wykupić wszystko i sprzedać z przebiciem na Allegro. Ale potem przypomniałem sobie moich kilka średnio udanych prób zabawy w „reselling” i w sumie to temat na zupełnie osobny tekst…

Oraz nie do końca o to chodzi w moich winylowych wojażach…


Tyle na dziś.

Jeśli macie jakieś doświadczenia z winylami w Łodzi – nie pogardzę kolejnymi rekomendacjami.